środa, 23 grudnia 2015

16. Karolina i Wojtek cz. II



Niestety musiałam czekać cały tydzień na dalszą część opowieści, bo Karolina nie miała czasu. Każdego dnia mnie przepraszała, tłumaczyła, dlaczego nie mogła przyjść, a przecież ja wcale nie miałam pretensji. Stworzyłam pierwszą wersję tego, co mi opowiedziała. Bałam się pisać za dużo szczegółów, żeby jej nikt rozpoznał. Przede wszystkim zmieniłam imiona i wiek (odmłodziłam ją o rok i zrobiłam rodowitą Lublinianką). Borys był głównym wokalistą zespołu, a Wojtek sąsiadem Karoliny.
W końcu umówiłyśmy się w piątek przed naszym opłatkiem akademsowym. Gdy weszłam do jej kuchni następnej soboty na stole obok ciastek, tym razem kupnych, i herbaty leżała koperta. Powstrzymałam chęć złapania jej od razu i przeczytania, więc usiadłam i czekałam aż Karo mi powie co w niej jest.
- Na czym skończyłam ostatnio? Na liście?
- Na poranku po nocy, podczas której opowiedziałaś mu o sobie.
- Tak, więc na liście.

Obudziłam się rano i zobaczyłam, że Wojtka już nie ma. Spojrzałam na zegarek i było po ósmej, więc nie bardzo mnie to zdziwiło – lubił wcześnie wstawać. Poleżałam jeszcze chwilę, a gdy zwlekłam się jakoś z łóżka, zobaczyłam na mojej szafce nocnej kopertę.

Magda zalała herbatę i usiadła naprzeciwko mnie. Wzięła do ręki ową kartkę, popatrzyła na nią chwilę ze wzruszeniem i podała mi.
- Możesz przeczytać. Wojtek pozwolił.

Droga Karolino!
Nie jestem najlepszy w pocieszaniu. Nie znam się na relacjach damsko-męskich i słaby ze mnie doradca. Chciałem Ci jedynie powiedzieć w kilku prostych zdaniach co myślę na ten temat. Doceniam, że podzieliłaś się ze mną swoją historią i wiedz, że nie pozostaje mi ona obojętna.
Po pierwsze ten facet jest idiotą. Wykorzystał Cię, nie szanował i to go całkowicie skreśla. Samo to, że dzwonił do Ciebie tylko wtedy jak potrzebował wiesz czego, jest odrażające. Nie widzę w tym Twojej winy. Byłaś zakochana, a jak na zakochanych przystało – są ślepi. Widzą wszystko inaczej, bronią drugiej osoby, choćby nie wiem co złego robiła. Tak już jest. A ten kretyn wykorzystał Twoją niewinność i naiwność (wybacz, za określenie).
Po drugie to niedobrze, że swoją wartość mierzyłaś jego wymysłami. Według mnie jesteś bardzo atrakcyjną kobietą, masz w sobie tyle wdzięku i nie zasługujesz na byle kogo. Rozumiem, że bolało Cię, gdy wytykał Ci Twoje wady, ale powinnaś być świadoma swoich zalet. A jest ich wiele! Jesteś sympatyczna, uprzejma, zawsze wiesz co należy powiedzieć i masz świetne podejście do ludzi. I dzieci Cię uwielbiają! Jesteś też mądra, inteligentna, przyznajesz otwarcie, że czegoś nie wiesz. Niewiele ludzi tak umie. Mi ciężko jest przyznać się do błędu, a Ty to robisz z taką łatwością… Podziwiam.
Na koniec chcę Ci powiedzieć: nie poddawaj się. Różnie się w życiu dzieje, ja też nie miałem lekko. Moi rodzice wszystkie nadzieje pokładali w najstarszej siostrze. Reszta dzieci się liczyła, owszem, ale nie tak jak Ania-Idealna. Jej zawsze było wybaczane, ona wszystko mogła i każdy ją bronił. W gimnazjum przechodziłem poważny okres buntu. Piłem, szlajałem się z chłopakami i wszyscy tracili nadzieje, że coś ze mnie będzie. W liceum pewna dziewczyna wyprowadziła mnie na prostą. Nie byliśmy razem tylko się przyjaźniliśmy, ale miałem w końcu osobę, która we mnie wierzyła. Zawsze mi powtarzała, że dam radę, że potrafię, że mogę… Dzięki niej zdałem dobrze maturę i jestem w tym miejscu, w którym jestem. Każdy z nas potrzebuje osoby, która w niego uwierzy, wesprze ją i pokaże właściwą ścieżkę. I Ty musisz ją znaleźć, będzie Ci łatwiej.

Ja też chcę być dla Ciebie wsparciem.

To chyba tyle co chciałem Ci napisać. Nie przejmuj się niepowodzeniami, a skup się na tym, co dobrego możesz z nich wycisnąć.

W.

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Byłam w stanie wydusić tylko: „Wow. Piękny” i tyle.

Poryczałam się, czytając go. Nie wiem, dlaczego. Czy wzruszyła mnie jego szczerość, czy to, że mnie nie oceniał, czy może z wdzięczności, że taki ktoś stanął na mojej drodze. W tym momencie dziękowałam Bogu (co nie zdarzało mi się często), że to Wojtek ze mną przyjechał. I chyba wtedy pierwszy raz pomyślałam, że chciałabym z nim być.
Niestety Wojtek zachowywał się tak, jakby nic nie zaszło. Odzywał się jak zawsze mało, był nadal uprzejmy, owszem, ale nic się po prostu nie zmieniło. Jedynie mój stosunek do niego. Nie chciałam się zakochać, naprawdę. Sądząc po jego zachowaniu, byłam pewna, że albo nie jest gotów na związek w ogóle, albo konkretnie ze mną. W każdym razie było mi smutno i przez to czasem byłam zbyt oschła dla niego. On oczywiście nic nie mówił, ale widać było, że jest mu przykro.
Tak mijały dni, tygodnie, aż jakieś… chyba dwa tygodnie przed wyjazdem, postanowiłam iść z nim w góry. Była niedziela, ja już miałam dosyć samotnych spacerów po mieście i rundek po okolicznych kawiarniach. Chcieliśmy wejść na Łabski Szczyt, a konkretnie do schroniska pod nim, zjeść tam obiad, przejść na Szrenicę, zejść do Wodospadu Kamieńczyka i w końcu do miasta na jakieś lody. Plan był wspaniały, ale nie od dziś wiadomo, że życie i tak zrobi po swojemu.
Irytowało mnie jego milczenie, więc nadrabiałam za nas oboje. Bardzo dużo narzekałam, to fakt. Na spiekotę, na brak deszczu, na niewygodne buty. Kto w góry chodzi w tenisówkach, ręka do góry! O kurczę, tylko ja. Wojtek wolał się nic nie odzywać, niż powiedzieć mi coś niemiłego. Więc ja dalej nawijałam, a on rozglądał się na boku, podziwiając krajobrazy i kiwając tylko raz po raz, żebym nie myślała, że mnie nie słucha. Opowiadałam mu jakieś historie, jak to siedziałam z psem w budzie albo jak byłam mała i tata zabrał mnie na lody i zapomniał portfela. Zostawił mnie tam „pod zastaw”, żeby wrócić do domu po kasę. Mówię ci, gadałam, co mi ślina przyniosła. A on słuchał, nic się nie odzywał. W końcu zaczęło to i mnie denerwować, więc zamilkłam. To był wyczyn! Szłam naburmuszona, ale honor mi nie pozwolił powiedzieć, choćby słowa. On napawał się ciszą, a ja gotowałam się w środku.
W schronisku zamówiliśmy pierogi. Nie smakowały mi jak cholera, ale tego też nie powiedziałam. Nie chce, to nie będę się odzywać. Teraz się z tego śmieję, ale wtedy byłam wściekła jak osa. Wojtek to w końcu wyczuł i, jak już schodziliśmy ze Szrenicy, zapytał, co jest. Na co ja, tykająca bomba, której czas na liczniku w końcu się skończył, wybuchłam i dostało mu się za wszystko. Za to, że mnie ignorował przez ten cały czas od listu, że teraz ze mną nie rozmawia, że mnie nie słucha, że chciałam się z nim choćby zaprzyjaźnić, ale się nie da. Byliśmy akurat sami na ścieżce, więc, na szczęście, nikt nie słyszał mojego popisu! A Wojtek nadal słuchał i nic nie wtrącił. Rozumiesz to?! Żeby się chociaż bronił, to nie! Myślę sobie: „i po co ja się produkuję?! On i tak ma to gdzieś”. Wkurzona na maksa przyspieszyłam kroku. Pędziłam jak szalona, aż się potknęłam i runęłam jak długa. Zdarłam kolana, dłonie i lekko nos. Momentalnie z oczu trysnęła mi fontanna płaczu, ale nie z bólu. Z bezsilności. Wojtek momentalnie się przy mnie znalazł i chciał pomógł mi wstać. Odepchnęłam jego ręce, ale sama nie dałabym rady, więc z poczuciem przegranej dałam sobie pomóc. Kolana mnie piekły i ciężko mi było iść, dlatego mi pomógł. Zapewnił, że za kawałek będą ławki to sobie usiądę, a on mnie opatrzy. Nie odezwałam się.
Czułam ogromne zażenowanie, że chciałam mu utrzeć nosa, a tymczasem sama to sobie zrobiłam i to dosłownie. Bez niego już nie mogłam zejść i chciałam czy nie, musiałam na nim polegać.
Opatrzył mnie zaskakująco profesjonalnie. Zapytałam, gdzie się tego nauczył, a on powiedział, że jego tata był pielęgniarzem i nauczył go kilku „sztuczek”. Potem zapytałam, czy zawsze nosi ze sobą apteczkę, na co odpowiedział, że gdy idzie w góry – obowiązkowo. Znowu zrobiło mi się głupio, bo ja nawet na to nie byłabym przygotowana. Gdybym była sama i miała taki wypadek, byłoby słabo.
Troskliwie zapytał czy dam radę iść dalej, czy chcę jeszcze odpocząć. Chciałam odpocząć. Położyłam się na ławce i zamknęłam oczy. Leżałam tak około piętnastu/dwudziestu minut, aż nogi mnie trochę mniej bolały. Cudem, ale udało nam się zejść do naszego hotelu. Zajęło nam to jakieś dwie i pół godziny, gdzie normalnie zeszlibyśmy góra w półtorej, jak nie mniej. Gdy tylko znalazłam się w pokoju, rzuciłam się na łóżko i momentalnie zasnęłam. Obudziłam się cztery godziny później. Było ciemno, Wojtek już spał. Zapaliłam lampkę i na stoliku nocnym znowu znalazłam niespodziankę: stos kanapek z moją ulubioną kombinacją – sałata, szynka, ser, majonez i pomidor. Koniecznie w tej kolejności, żadnej innej. Uśmiechnęłam się, spojrzałam czule na Wojtka i wtedy zrozumiałam: on nie potrzebuje słów. Swoje uczucie wyraża gestami. Słowa niewiele znaczą i dopiero przy nim to zrozumiałam.
Zaczęłam naukę mówienia mniej. Nie męczyłam Wojtka pytaniami, czy czegoś potrzebuje. Sama z siebie robiłam dla niego miłe rzeczy. Wstawałam wcześnie rano, żeby iść po świeże bułki na śniadanie, wyciskałam świeży sok z jabłek, który tak bardzo lubi. Jak szłam do marketu, to zawsze mu coś kupowałam. „A, wiesz, zobaczyłam to i pomyślałam o tobie, więc ci wzięłam” – tłumaczyłam niewinnie. To do niego lepiej przemawiało, niż moje niekończące się monologi. Prześcigaliśmy się w przysługach dla siebie, w sprawianiu przyjemności.
Niestety, nadszedł czas pożegnania ze Szklarską. Parę dni przed wyjazdem zaczęłam się martwić, co z nami będzie, jak wrócimy do Lublina, zacznie się rok akademicki i tak dalej. Czy będziemy w ogóle utrzymywać kontakt? Skrycie już go kochałam, byłam tego niemal pewna, ale nie oczekiwałam zbyt wiele. Akceptowałam jego nieśmiałość, małomówność i różne dziwactwa, jak słuchanie muzyki klasycznej. Wiesz, że o tym, że gra na pianinie dowiedziałam się dopiero w październiku? Nie powiedział mi wcześniej o tym.
W każdym razie w ostatni wieczór wybraliśmy się na długi spacer pożegnalny. Szliśmy oczywiście w milczeniu, ale coraz mniej mi to przeszkadzało. Dzięki temu dochodziły mnie dźwięki śmiechu dzieci, bawiących się na placu zabaw, muzyki, grającej w pokojach hotelowych, które mijaliśmy. Miła odmiana, słyszeć coś więcej, niż tylko swój głos. Patrzyliśmy na zachód słońca i nagle Wojtek przemówił!
- Będę tęsknił za górami.
Byłam w takim szoku, że nie wiedziałam, co powiedzieć.
- A najbardziej za zachodami słońca.
- Tak, są piękne – powiedziałam, patrząc w dal. – Mi będzie brakowało też tych dróg pod górę i kawy w Coffee House. I, oczywiście, obiadów w Niebo w Gębie. Nie wspominając o lodach w La…
Tak, i wtedy mnie pocałował. Złapał moją twarz w dłonie i złożył na moich ustach gorący pocałunek. Nawet nie zamknęłam oczu! Patrzyłam zszokowana na niego i nie byłam w stanie nic zrobić. On odchylił się i patrzył na mnie, jakby czekał na pozwolenie. Nie dałam mu długo czekać, bo sama go pocałowałam. Jak się okazało, to był jego pierwszy prawdziwy pocałunek. Nie mów mu tego, ale zdradził mi, że lepszego sobie nie mógł wymarzyć, a o tym marzył od tej nocy, w której zdradziłam mu wszystkie swoje tajemnice. Całowaliśmy się, dopóki nie zaszło słońce. Wtedy, idąc już za rękę, wróciliśmy do hotelu. W progu czekała na nas szefowa, zachwycona widokiem naszych splecionych dłoni. Krzyknęła: „nareszcie” i nie wiedzieliśmy, czy chodziło jej o nasz związek, czy o to, że w końcu przyszliśmy, bo czekała na nas z pożegnalną kolacją. Później oczywiście powiedziała, że cały nasz pobyt czekała, aż się zejdziemy i cieszy się, że jeszcze mogła to zobaczyć. Przygotowała wyśmienitą zapiekankę i razem z mężem wyrazili chęć, żebyśmy przyjechali też za rok. Osobiście miałam to w planach, jeżeli będzie taka możliwość, a i Wojtek był za.
Wszystko skończyło się szczęśliwie. Z żalem wyjeżdżaliśmy ze Szklarskiej. Poza tym, że czekał nas miesiąc rozłąki, czuliśmy sentyment do miejsca, gdzie naprawdę się poznaliśmy. Wojtek jechał na miesiąc do domu, a ja wróciłam na stancję do Lublina. Dzwoniliśmy do siebie i nawet Wojtek zaczął więcej opowiadać. Dłuższe rozmowy go męczyły, więc starałam się mówić zwięźle, bez opowieści o kupionych butach, czy drodze do sklepu.
Dzisiaj nadal pracujemy nad sobą w związku. Ja miewam słowotoki i gadam jak najęta, aż on zaczyna mnie całować, albo ja się orientuję, że już mnie nie słucha. Wojtek z kolei bardzo się otworzył i nawet z chłopakami z pokoju więcej gada. To niesamowite, ale miłość naprawdę zmienia ludzi i to, że ja gadam za nas dwoje, a on niewiele, ja słucham komercyjnego popu, a on Chopina, nie przeszkadza nam w byciu naprawdę szczęśliwymi.

Karolina zamilkła, a mi się zrobiło smutno, że to koniec. Historia była naprawdę piękna i chciałam czegoś więcej. Dlatego przygotowałam sobie kilka pytań.
- Planujecie razem przyszłość?
- Nie na głos. Ja na przykład wiem, że jak wrócimy w przyszłym roku ze Szklarskiej będę chciała, żebyśmy razem wynajęli mieszkanie. Możemy mieć osobne pokoje, ale chcę go mieć blisko co dzień, a nie tak rzadko jak teraz, ze względu na odległość i brak czasu. Myślę, że Wojtek też by tego chciał, bo bardzo niechętnie ode mnie wychodzi i raz go nawet przyłapałam, jak przeglądał ogłoszenia o pokojach. Ale to odległa przyszłość.
- Odległa? Ja właśnie miałam na myśli dom, rodzinę, dzieci…
Zaśmiała się głośno.
- Za wcześnie, by o tym mówić. Jesteśmy młodzi, musimy skończyć studia, a nigdy nie wiadomo, co nam się przytrafi. Oboje jesteśmy realistami i zgodnie twierdzimy, że jedyne, co możesz planować to następny dzień, co i tak wszystko się może pozmieniać w ciągu jednej chwili.
- A jaki jest wasz sposób na udane życie razem? Taki główny mechanizm, który napędza wasz związek.
- Głównym mechanizmem jesteśmy my. Nasze uczucia, gesty, czyny i czasem też słowa. Ale tą główną wajchą, bez której byłyby komplikacje jest akceptacja siebie nawzajem. Nie wygląd, nie podobieństwa, a właśnie przymrużenie oka na czyjeś wady jest tym, co naprawdę konieczne. Oczywiście są sprzeczności, których się nie da przeskoczyć. Nie mówię akurat o nas, ale znam przypadki, że para jest totalnie różna, jeden drugiego próbuje ciągle na siłę zmienić i kłótnie są o pierdoły.
Wtedy do Karo przyszedł SMS. Przeprosiła mnie cicho i go odczytała. Na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
- Wojtek się pyta, kiedy kończymy, bo ma ochotę coś zjeść, a Piotrek akurat jedzie na miasto, więc może go podrzucić.
- Właściwie to już wszystko, dziękuję ci bardzo.
- Nie ma za co. Miło było to komuś opowiedzieć, nikomu jeszcze nie zdradziłam tylu szczegółów.
- Tym bardziej dziękuję.
- Mam nadzieję, że nada się na opowiadanie i będzie poczytne.
- Na pewno! Taka historia będzie bestsellerem!

Pisząc zakończenie mojego opowiadania, zastanawiałam się nad słowami Karoliny. Nie zamieściłam tego w treści, ale zachowałam w sercu radę, żeby akceptować siebie nawzajem. Faktycznie ma rację i wiem, że kiedyś mi się to przyda.
Fot. Sandra Czarniecka
Na zdjęciu: Widok ze Szrenicy

 ~ * ~
W przerwie między sprzątaniem wrzucam drugą część historii najfajniejszej pary z Zainspirowanych :) Wiem, że jesteście zajęci, ja sama mam sporo roboty, dlatego nie mam kiedy napisać... Ale po świętach nadrobię, obiecuję. Nie zawracam też głowy moim dziewczynom, dlatego jak coś się pojawi to bez korekty - wybaczcie mi to ;)
Przypominam, że pod linkiem niżej jest piętnasta część, która nie wyświetla się na stronie głównej
Uciekam, bo trzeba dalej sprzątać :D :*

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz