niedziela, 29 maja 2016

39. Dorota i Patryk

Z Dorotą poznałam się całkiem przypadkiem i pewnie już nigdy jej nie zobaczę. Oprócz imienia i historii jej jednonocnej miłości nie wiem o niej nic. Siedziałam raz na ławce i pisałam opowiadanie, a ona podbiegła i usiadła koło mnie.
- Sorry – wysapała. – Nie dałabym rady dalej.
Ubrana w neonową koszulkę do biegania, legginsy i sportowe buty nie wyróżniała się niczym wśród innych biegaczy. Łapczywie piła wodę z butelki, która aż pociekła jej po brodzie.
- Luz – odpowiedziałam tylko.
Złapała głęboki oddech i rozsiadła się wygodniej na ławce. Przejrzałam się jej profilowi i muszę przyznać, że była całkiem ładna, pomijając jej spoconą i czerwoną twarz. Włosy miała spięte w kucyk, który swobodnie opadał jej do połowy pleców.
- Co piszesz? – Zapytała znienacka, patrząc na mój notes i czystą kartkę w nim.
- Opowiadanie.
- Jesteś pisarką?
- Nie, raczej tak dla siebie.
- Więc jesteś pisarką.
- Nie nazwałabym się tak.
- Ale ja cię tak nazwałam. O czym piszesz?
- Głównie o miłości. Staram się teraz wymyśleć jakąś historię, ale idzie mi jak krew z nosa.
- O miłości powiadasz… Mam w zanadrzu pewną historię.
Spojrzałam na nią pełna nadziei. Od jakiegoś czasu pisałam na przymus, żeby nie wyjść z wprawy, ale wszystko nadawało się tylko do szuflady. O blogu w ogóle zapomniałam. Sonia starała się mnie przekonać, żebym wróciła do tego, ale nie czułam się na siłach. Powinnam publikować regularnie, a z tym miałam ogromny problem. Siostra obiecała, a właściwie zagroziła, że się tym zajmie i przypilnuje mojego pisania, ale ja potrafiłam być równie uparta jak ona.
Tymczasem Dorota spadła mi z nieba i była skłonna opowiedzieć mi swoją historię.

Nie spodziewaj się niewiadomo czego. To nie jest historia o miłości na całe życie, o poświęceniu i takie tam, jak w tych wszystkich komediach romantycznych. Nie nazwałabym tego przygodą, bo źle by to zabrzmiało. Ja to nazywam „jednonocną miłością”, która odeszła tak szybko jak się pojawiła.
Pracowałam wtedy w restauracji i któregoś wieczora przyszedł do nas klient, który jak się okazało, był w Lublinie w delegacji. Stał przy barze i sączył jedno piwo za drugim, zagadując barmankę. Słyszałam tylko trzy po trzy jego historyjek, zajęta byłam swoją salą i robotą, a nie nim. W końcu jednak i na mnie zwrócił uwagę i zapytał, czemu jestem taka nieśmiała. Do nieśmiałych nie należę, a wtedy zwyczajnie miałam zły dzień i byłam wyciszona. No więc pogadaliśmy dosłownie chwilę i ja wróciłam do zmywania naczyń. Gdy już wychodził, ja akurat przechodziłam koło wyjścia, zagadnął mnie, czy są jakieś fajne miejsca w Lublinie, które mógłby jeszcze dzisiaj zobaczyć. Koło południa miał jechać dalej w trasie, więc chciał coś jeszcze przeżyć. Odpowiedziałam, że coś na pewno by się znalazło, na co on zapytał wprost, czy mu te miejsca pokażę.
Miałam wtedy chłopaka. Obecnie jest moim narzeczonym, ale mniejsza o to. Wtedy byliśmy już po półtora roku związku i coś między nami wygasało. Marcin z natury nie jest sentymentalny, spontaniczny i rzadko romantyczny. Twardo stąpa po ziemi i wie, czego chce. Ja w tamtych czasach (a byłam wtedy na trzecim roku studiów) byłam marzycielką, romantyczką i cały świat był dla mnie piękny i fascynujący. Chciałam móc przeżywać jak najwięcej i nie tracić czasu na martwienie się o jutro. Tamtego dnia pokłóciłam się trochę z Marcinem. Po raz kolejny poszło o to, że ja żyję marzeniami, a on poważnie podchodzi do życia. Nie wiem, czy w akcie zemsty czy czego to było, ale zgodziłam się iść z Patrykiem. Stwierdziłam, że nic mi nie szkodzi, a nie zamierzam zrobić niczego głupiego. Tak więc kazałam mu na siebie poczekać i poszliśmy razem pozwiedzać najciemniejsze zakątki Starego Miasta.
Lublin od zawsze mnie fascynował. Pochodzę z Zamościa i bardzo często przyjeżdżałam tu z rodziną za dzieciaka i ze znajomymi w liceum. Potem celowo wybrałam studia właśnie tutaj. Cenię sobie to miasto za to, że możesz udać się w jedną jego część, żeby się pobawić, ale za kawałek znajdziesz ławkę w cichym, spokojnym miejscu, idealnym do rozmowy. Uwielbiałam imprezy do rana z przyjaciółmi, ale i samotne spacery wieczorami. A tamtej nocy na nowo odkryłam mój Lublin.
Przede wszystkim chciałam mu pokazać Zakątek Hartwigów. Uwielbiam to miejsce, odkryłam je całkiem przypadkiem i Boże! Mogłabym zamieszkać na tych schodach! W nocy zakątek jest tajemniczo oświetlony i zawsze marzyłam, żeby tam pójść z Marcinem i mieć jakieś wspomnienie z nim stamtąd. Ale on miał zawsze lepsze rzeczy do roboty. Patrykowi to miejsce bardzo się podobało i co mnie najbardziej w nim ujęło to to, że chłonął wszystko, co widział i starał się zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Nie robił zdjęć jak opętany, jak to teraz najczęściej bywa. Coś co nie jest udokumentowane zdjęciem, nie istnieje. On przy mnie nie wyjął ani razu telefonu.
Potem chciał iść na jeszcze jedno piwo, więc wstąpiliśmy do jakiegoś jeszcze otwartego baru. Ja wypiłam dwie Perły, a on tylko jedną. W sumie był już po paru piwach i podziwiałam jego mocną głowę. Rozmawiało mi się z nim świetnie. W końcu zapomniałam o sztywnych zasadach nie mówienia wszystkiego, co przyjdzie na myśl. Do Patryka waliłam prosto z mostu i on odwdzięczał mi się tym samym. Wiedziałam, że już nigdy go nie spotkam, to też nie musiałam się niczego obawiać.
Nawet nie wiem kiedy minęły trzy godziny. Była druga nad ranem, a ja ani nie byłam śpiąca, ani nie miałam zamiaru już wracać. Patryk zapewnił, że wcale nie musimy już wracać i chętnie się ze mną przejdzie. Zaproponowałam, żeby mnie odprowadził. Mieszkałam wtedy w akademiku na Konstantynowie, a z Krakowskiego to spory kawałek. Zgodził się od razu. Szliśmy i gadaliśmy o wszystkim. W którymś momencie zeszliśmy na poważniejsze tematy i dowiedziałam się, że ma dziewczynę, a właściwie prawie narzeczoną. Nie wiem dlaczego, ale bardzo się zawiodłam. To prawda, miałam chłopaka i wiedziałam, że Patryk jeszcze tego samego dnia wyjedzie i już nie wróci, ale i tak zrobiło mi się smutno. Ale on zaczął na nią trochę narzekać. Opowiadał, że ona nie akceptuje jego pracy. Głównie chodziło o to, że często wyjeżdżał. Dla niego to był główny atut, bo się rozwijał, poznawał co i rusz nowe miejsca i nowych ludzi. Nie musiał siedzieć bite osiem godzin za biurkiem z uciskającą go na szyi pętlą (chyba chodziło mu o krawat). Jego dziewczyna natomiast chciała go mieć zawsze przy sobie, naciskała na wspólne mieszkanie i rychły ślub. On był z nią z sentymentu, z przyzwyczajenia, nie wiem. Nie wyobrażał sobie już świata bez niej, jej obecność była tak naturalna, że chyba by zwariował, gdyby jej zabrakło. Ale powtarzał, że nie czuje do niej już tej samej namiętności, co kiedyś. W tamtej chwili pomyślałam: „Boże, to zupełnie jak u mnie!” Opowiedziałam mu po krótce o moim związku i wątpliwościach co do wspólnej przyszłości. I tak nam zleciała droga. Była prawie trzecia nad ranem, a ja nie chciałam się jeszcze z nim rozstawać. Przyszedł mi więc do głowy pomysł.
- Spełnisz moje jedno marzenie? – Odważyłam się zapytać.
- Zależy jakie – odpowiedział ostrożnie, chociaż widziałam, że zgodzi się na wszystko.
- Spełnisz, czy nie? Zaryzykuj, nie masz nic do stracenia.
Zawahał się, ale tylko przez sekundę.
- Spełnię – oświadczył.
- Zawsze marzyłam o randce do świtu, podczas której oglądalibyśmy gwiazdy, leżąc na trawie. Znam doskonałe miejsce, tylko musisz zostać ze mną do rana. Warunkiem koniecznym jest cisza, kiedy cię tylko o to poproszę i milczenie na resztę życia. Wchodzisz w to?
Alkohol robi różne rzeczy z ludźmi, przede wszystkim dodaje nam odwagi. Ja już chyba byłam trzeźwa po tym spacerze, ale ta dziwna odwaga jakby jeszcze we mnie została.
- Wchodzę.
Dzisiaj nie wiem czy bardziej jestem zdziwiona tym, że mu to zaproponowałam, czy tym, że się zgodził. W każdym razie zaprowadziłam go do parku niedaleko akademika i na „wzgórzu” położyliśmy się, żeby oglądać gwiazdy. Nie znałam się na nich kompletnie, on też nie. Patrzyliśmy na nie tak po prostu, bez szukania żadnych konstelacji. Czułam przy nim taki wewnętrzny spokój, nie musiałam nikogo udawać, śmiało wygłaszałam swoje myśli i poglądy. Zadawaliśmy sobie pytania w stylu „co chcesz robić za pięć lat”, „czy przydarzyło ci się coś, co było totalnym przełomem w twoim życiu”, „o czym teraz najbardziej marzysz”. Na ostatnie pytanie odpowiedział: „chciałbym cię pocałować”. Speszyłam się. Odmówiłam natychmiast i powiedziałam, że nie możemy tego zrobić. Oboje kogoś mamy, a to jest udawana randka. Zaczął przepraszać i przyznawać mi rację. Ale od razu tego pożałowałam, bo w tamtej chwili ja też najbardziej marzyłam o tym, żeby go pocałować. Mimo wszystko chciałam dochować stuprocentowej wierności Marcinowi, jaki by nie był.
- Też masz tak, że patrząc na księżyc, wyobrażasz sobie, że gdzieś daleko jest ktoś, kto też na niego patrzy i to tak, jakbyście byli koło siebie? W końcu to ten sam księżyc, prawda?
- Nie miałem tak do tej pory, ale po tej nocy, za każdym razem, gdy spojrzę na księżyc, będę myślał o tobie.
Niedługo potem zaczęło świtać. Słońce przebijało się między koronami drzew i coraz dokładniej widziałam twarz Patryka. W świetle dziennym wyglądał o niebo lepiej niż w blasku barowych żarówek.
- Ale jesteś piękna – szepnął. Chyba pomyślał o tym samym co ja.
- Ty też – odpowiedziałam.
Zgarnął mi za ucho zagubiony kosmyk. Patrzył na mnie jak jeszcze nikt. Wiem, że brzmi to banalnie, ale w takich okolicznościach wszystko jest banalne. Ja i on leżący na trawie i czekający na wschód. Jego ręka spoczywająca na moim brzuchu. Mój wzrok rozanielonej nastolatki.
- Kochasz swojego chłopaka? – Zapytał nagle. Chyba nawet kubeł zimnej wody nie mógłby mnie tak rozbudzić jak to pytanie.
- Czemu pytasz?
- Bo po głowie cały czas chodzi mi myśl, że jesteś taka cudowna i zastanawiam się, czy on nie potrafi tego docenić, czy ty nie widzisz, że on się stara na swój sposób.
- Krytykując mnie nieustannie?
- Postawiłaś się kiedyś na jego miejscu? Może on chce dobrze, może stara się zbudować mocną podstawę waszego związku i to są dla niego fundamentalne rzeczy. Spójrz na to z takiej perspektywy, że oboje chcielibyście widzieć co innego w sobie nawzajem, a co innego faktycznie dostrzegacie.
Z tej całej jego pokręconej wypowiedzi zrozumiałam, że ma trochę racji. Marcin był dla mnie dobry, a ja w zbyt wielu sprawach byłam uparta. Skoro nadal ze mną był, to znaczy, że jednak mnie kocha i akceptuje. Tak jak ja jego.
- A ty co zrobisz po powrocie? Oświadczysz się w końcu swojej dziewczynie?
- Chyba tak. Może nawet zrezygnuję z pracy? Nie wiem jeszcze.
- I gdy się dzisiaj pożegnamy, już więcej cię nie zobaczę.
- To jest bardzo prawdopodobne – odpowiedział z westchnieniem. – A szkoda, bo jesteś wspaniałą dziewczyną. Chciałbym cię bliżej poznać.
- Znasz mnie lepiej niż ktokolwiek, uwierz mi.
- Rozmawiaj szczerze ze swoim chłopakiem. Zobaczysz, że w końcu dostrzeże twoją wyjątkowość, może chwilowo codzienna rutyna mu to przysłoniła. Ty też go kochasz i nie chcesz go stracić.
- Ciebie też nie chcę stracić.
- Nie stracimy się. Dopóki księżyc świeci na niebie, my będziemy o sobie pamiętać.
Wtedy mnie mocno objął i pocałował w skroń. To było miłe a zarazem dziwne uczucie. Jakbyś dostała czekoladę, ale była świadoma tego, że nigdy jej nie zjesz. Przymknęłam na chwilę oczy, a okazało się, że spałam godzinę. Patryk cały ten czas na mnie patrzył i obudził mnie pocałunkiem w policzek.
- Księżniczko, musimy się zbierać. Noc się skończyła, a my musimy wrócić do rzeczywistości.
Jęknęłam z niezadowoleniem. Dlaczego ten czas tak szybko mija?!
W drodze do akademika wstąpiliśmy jeszcze do sklepu i kupiliśmy sobie po bułce i mrożonej kawie. Przeciągaliśmy wspólny czas jak najdłużej się dało, ale zegar cały czas tyka i budzik musi kiedyś zadzwonić. Pod akademikiem zjawiliśmy się po siódmej.
- Dziękuję za tę noc. Nigdy jej nie zapomnę – powiedział i mnie przytulił.
- Ja też. Dopóki księżyc świeci…
Spojrzałam mu w oczy. Były tak błękitne jak niebo nad naszymi głowami. Nie wytrzymałam i pocałowałam go. Marcin o niczym się nie dowie, a ja całe życie bym żałowała, że nie spróbowałam smaku jego ust. Na odpowiedź długo nie czekałam. Natychmiast wsunął język w moje usta i całowaliśmy się w najlepsze. Nie pamiętam, które z nas to skończyło. Ostatni cmok i krok do tyłu.
- Żegnaj – szepnął i w jego oku jakby zakręciła się łza.
- Żegnaj – powtórzyłam za nim. W moich oczach na pewno były łzy.
To było ostatnie, co do siebie powiedzieliśmy. On zaczął się wycofywać, pomachał mi i odszedł. Nie mogłam za nim długo patrzeć, więc też szybko uciekłam.

- Nie mam po nim absolutnie żadnej pamiątki. Zniknął z mojego życia tak szybko i dyskretnie jak się pojawił. Możesz zrobić z tą historią co chcesz, pewnie i tak się już nie spotkamy.
- Kochasz go?
- Patryka? Nie wiem, czy nazwałabym to miłością, choć było to coś wyjątkowego. Dzięki niemu jestem bardziej wyrozumiała dla Marcina i za tydzień wychodzę za niego za mąż. Nigdy nie powiedziałam mu gdzie byłam tej nocy, kiedy nie odpisywałam mu na SMS-y. Dziewczynom z akademika też się nie przyznałam, dlaczego w nim nie spałam. A każdej nocy, gdy patrzę na księżyc, zamykam oczy i w szumach wiatru nasłuchuję jego szeptu. Jakkolwiek banalnie to brzmi.
źródło: foter.com
~ *  ~
Tę historię wymyśliłam, leżąc na trawie obok akademika i gapiąc się w gwiazdy. Za każdym razem, gdy ją czytam, podoba mi się jeszcze bardziej (przepraszam za brak skromności, ale mówię poważnie). Wielkimi krokami zbliża się sesja i możliwe będzie, że będę pisać rzadziej, ale nie za rzadko. Następną część zacznę pisać zaraz po opublikowaniu tej, więc na dniach ją przeczytacie :*
Tymczasem życzę Wam miłego wieczoru :*

2 komentarze: