Gdy jechałam na jeden dzień do Żyrardowa
wszyscy mnie pytali, czy się opłaca. Olek nie mógł przeboleć zakończenia
Kozienaliów, a Monika samotnej niedzieli. Paweł prosił mnie i Sonię, żebyśmy
przyjechali na koncert Zenka Martyniuka (jego idola) i bardzo chciał, żebyśmy w
końcu spędzili razem urodziny naszej najstarszej siostry. Ona pojechała w
sobotę rano, a ja miałam dołączyć następnego dnia. Myślę, że jeśli robimy coś
dla kogoś, kogo kochamy to zawsze się opłaca. Chociaż w sobotę „zdychałam” od
bólu brzucha, w niedzielę rano wyruszyłam pociągiem do domu. Próbowałam się
uczyć na wtorkowy egzamin ze sztuki edytorskiej, ale nie najlepiej mi to szło.
Ciągle się rozpraszałam.
W drodze z dworca do domu zachwycałam
się moim rodzinnym miastem. Zdałam sobie sprawę, że Żyrardów jest piękny, a
swój urok zawdzięcza temu, że jest mały. Czasem warto tu przyjechać i
odetchnąć. Poza tym prawie każdy zakątek z czymś (lub kimś) mi się kojarzy, w
pół godziny mogę obejść calutkie miasto, co chwila mijam kogoś znajomego, nawet
z widzenia. Anonimowość w dużym mieście po jakimś czasie robi się męcząca.
Chociaż z drugiej strony, im więcej ludzi znamy, tym świat staje się mniejszy. Coraz
częściej idąc np. Krakowskim Przedmieściem spotykam chociaż jedną znaną mi
osobę.
Paweł był bardzo szczęśliwy mając w
końcu obie siostry przy sobie. Sonia poprzedniego dnia skończyła dwadzieścia
dwa lata i świętowaliśmy to przy piwie na Torze Kolarskim. Kupiliśmy jej
książkę Calm Michaela Actona Smitha,
z której bardzo się cieszyła, bo miała w planach ją sobie sprawić, ale zawsze
miała ważniejsze wydatki. Gdy tylko usłyszałam o tej książce i przeczytałam
recenzje, wiedziałam, że moja siostra musi ją mieć.
- Ty też ją przeczytasz – zapowiedziała
mi. – Przyda ci się. Ta i Slow life Glogazy.
W sobotę Sonia pojechała z Mikołajem na
Targi Książki do Warszawy i w końcu spotkała się ze swoją ulubioną blogerką –
Joanną Glogazą. Kupiła jej najnowszą książkę i Mikołaj powiedział, że nie spała
do trzeciej, bo tak ją wciągnęła. Przeglądałam poradnik pobieżnie i muszę przyznać,
że też mnie zainteresował i chętnie go przeczytam.
Jak to bywa w rodzinnym mieście na
każdym kroku spotykamy starych znajomych. Tych, których chcemy zobaczyć i
oczywiście tych, których unikamy, a jednak musimy na nich wpaść. Obok naszego
bloku rozstawili lunapark i tam udaliśmy się najpierw. Sonia powiedziała mi po
cichu, że nie chciałaby spotkać Damiana, ale los byłby zbyt łaskawy, gdyby jej
tego oszczędził. Mikołaj od razu do niego podszedł i z dumą objął w pasie
Sonię. Ona nie śmiała nawet przytulić byłego „kochanka”. Damian był z jakąś
dziewczyną, która wyglądała na bardzo nieśmiałą. Stali obok siebie i wcale nie
trzymali się za ręce ani nic, więc nie wiedziałam nawet, kim dla siebie są.
Napięcie między obojgiem starych przyjaciół można było wyczuć na kilometr. Sonia
ciągle rozglądała się i nawet nie wtrąciła do rozmowy. Damian też wyraźnie
chciał sobie pójść. Mikołaj zaproponował wspólne piwo, na co jego kuzyn szybko
się wymigał i „z przykrością” musiał już iść. Odeszliśmy i za chwilę usłyszałam
jak Mikołaj pyta Sonię, czy w końcu mu kiedyś powie, o co się pokłócili. Byłam
przekonana, że wie o incydencie w zeszłe wakacje, o uczuciach kuzyna do jego
dziewczyny i smutnym mailu pożegnalnym. On jednak nie miał zielonego pojęcia, a
Sonia odpowiedziała krótko, że to nie jego sprawa.
Ja natomiast nie musiałam długo czekać
na spotkanie z moimi byłymi. Obydwoma. Najpierw spostrzegłam Rafała, który stał
z kolegami przy budce z piwem, ale natychmiast podszedł się przywitać.
Pogadaliśmy chwilę jak starzy znajomi i każdy poszedł w swoją stronę (uff!).
Michała zobaczyłam podczas koncertu zespołu Fanatic. Stał za wyraźnie młodszą
od niego dziewczyną i obejmował ją od tyłu. Była filigranowa, miała bardzo
długie włosy, krótkie spodenki i wyglądała jak gimnazjalista (góra pierwsza
liceum). Gdy Michał mnie zobaczył, kiwnął głową, delikatnie się uśmiechnął i
nie czekając na moją reakcję, odwrócił wzrok. Mocno walczyłam z tym, żeby na
niego nie patrzeć i udało mi się. Potem już ich gdzieś zgubiłam i więcej nie
spotkałam.
Do Pawła dołączyła jego dziewczyna i tak
oto zostałam jedna jedyna bez pary. Olek kombinował, żeby pojechać ze mną, ale obiecał
mamie, że zjawi się na Boże Ciało, więc w ogóle mu się to nie opłacało. Mój
brat – wielki fan disco polo – śpiewał wszystkie piosenki i nie wyglądali z
Kają jakby ich związek wisiał na włosku. Ale może to tylko pozory? Nie pytałam
go o to, bo nawet nie mieliśmy okazji pogadać sam na sam. Natomiast Sonia z
Mikołajem wyglądali na bardzo szczęśliwych i zakochanych. „Do porzygu”,
jakbyśmy ujęli to z Olkiem.
Koncerty same w sobie były nawet spoko.
Chociaż słucham rocka, disco polo ma w sobie coś ujmującego (nie każde!).
Ciekawe co. Nikt „nie słucha”, a wszyscy znają. Mało tego! Śpiewają i dobrze
się przy nim bawią. Nie wyobrażam sobie wesela w rytmie NBT, Phedory czy AC/DC.
Natomiast przy Zenku wszyscy by się bawili, aż do rana. Fanatic generalnie jest
z Żyrardowa i ze wszystkich wykonawców tego wieczoru, ich piosenki najmniej do
mnie przemawiają. Zwariowaną Gochę czasem
z Moniką zapodajemy i udajemy gwiazdy, śpiewając, ale reszta piosenek… no jakoś
nie są w moim klimacie. Akcentu piosenki znam prawie wszystkie. Przez Pawła! On
mi je często śpiewał i przez to, że są takie proste i rytmiczne, w mig się je
zapamiętuje. Nawet Marta, która się do tego nie przyzna, zna już prawie całe Pragnienie miłości czy Przez Twe oczy zielone, o Przekornym losie nie wspomnę. Classic
natomiast dał fantastyczny koncert z tego względu, że grali na żywo i mieli
świetnego gitarzystę, który skupiał prawie całą moją uwagę. Nie był przystojny
ani zachwycająco ubrany, ale miał piękną gitarę elektryczną i zupełnie
odmieniało to jakość muzyki. Brakowało mi Olka, który objąłby mnie przy Jeszcze dzień, najwyżej dwa albo W taką ciszę. Większość piosenek
Classica znamy z Sonią z jednej jedynej kasety, którą miałyśmy i słuchałyśmy
któregoś lata w kółko i w kółko. Co najlepsze nie znudziła nam się. Mama już
nie mogła tego słuchać, ale my byłyśmy szczęśliwe, że mamy tą kasetę i możemy
jej słuchać kiedy chcemy. Gdzieś w połowie wakacji tata kupił nam jakiś inny
zespół, ale przesłuchałyśmy go raz. I całkiem „przypadkiem” za bardzo
przewinęłyśmy taśmę, przez co zerwała się, a my wróciłyśmy do Classica.
Z rodziną jest tak, że możemy jej nie
akceptować, możemy się kłócić i nie znać, ale zawsze gdzieś tam w środku
będziemy mięli do niej sentyment. Sonia udaje twardą, ale na wspomnienie o
rodzicach trochę gaśnie i się zamyśla. Jest tyle wspomnień, że nie da się tego
tak po prostu wykreślić z pamięci. Do Czarownicy
Fanaticu skakałyśmy i „występowałyśmy” w ogródku babci. Tata podarował nam
wtedy dwie nowiuśkie skakanki (to był dzień dziecka) i śpiewałyśmy do nich rzeki przepłynąłem, góry pokonałem, wielkim
lasem szedłem, nocy nie przespałem… Wiedziałam, że Sonia to pamięta, ale
nie odezwała się nawet. Tęskni za rodzicami, ale duma nie pozwala jej na
zrobienie z tym czegokolwiek. Taka już jest, cóż poradzić.
Kiedy ktoś jeszcze raz zapyta mnie, czy
opłacało mi się pojechać na jeden dzień – zacznę krzyczeć. Bo już tak dawno nie
bawiłam się tak dobrze jak z moim rodzeństwem przy disco polo (o, zgrozo!). Dodam coś jeszcze, tylko nie mówcie nikomu, że się do tego przyznałam - świetnie się jeździ na rolkach do piosenek Zenka. Naprawdę! Bawią mnie tak bardzo, że cały czas mam dobry nastrój i żadna górka nie jest mi straszna.
![]() |
| Moja radosna twórczość tylko na chwilę :P |
~ * ~
Witajcie! :) Kolejny rozdział przed Wami, do końca tygodnia pewnie pojawi się jeszcze jeden, bo mam bardzo dużo wolnego czasu w ten weekend :) Ja wracam do lektury Slow life, a Wam życzę miłego wieczoru :*
P.S. Naprawdę świetnie się jeździ przy Zenku na rolkach! Potwierdzone info :P

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz